
W piątek na ekrany naszych kin zawitał film „Resident Evil 4: Afterlife”. Była wielka premierowa pompa, a szeroko zakrojona akcja marketingowa i lansowanie tytułu, nie tylko pośród środowiska graczy, były widoczne na kilka tygodni przed 10 września. O dziele Paula W.S. Andersona jest głośno i z niebywałą łatwością bije on rekordy oglądalności, jakie uzyskały poprzednie części. Tak dzieje się również w naszym ukochanym kraju, gdzie według najświeższych danych, do kina na ten film wybrało się już 61462 widzów, co w Polsce jest sporym i godnym pozazdroszczenia osiągnięciem. Ta liczba wciąż rośnie i to na przekór bardzo chłodnego przyjęcia, jakie krytycy zgotowali tytułowi.
Generalnie powinienem się radować, ale czuję pewną gorycz w ustach. Niby „Resident Evil 4: Afterlife” jest dumnym reprezentantem gatunku postapokaliptycznego i strasznie klawo, że ta ogromna rzesza kinomaniaków postanowiła zasmakować akurat tych klimatów. W końcu nad Wisłą gatunek ten cieszy się bardzo niesprawiedliwą opinią, opartą na różnorakich schematach i uprzedzeniach. Powodują one, że ta dziedzina kultury jest traktowana jako niechciany bękart fantastyki i brana w dość infantylne ramy. Bo co to za problem? Potraktować gatunek ludzki jakimś zmutowanym wirusem lub radioaktywnym świństwem, dorzucić jakąś zrujnowaną metropolię i zmiksować to z żywymi trupami, które eksterminuje seksbomba w obcisłym wdzianku, wraz z napompowanym testosteronem twardzielem. Tu nie ma miejsca na morały, filozoficzne rozważania i refleksje. Tu trzeba walczyć o przetrwanie ze strzelbą w dłoni!
Problem jednak tkwi w tym, że „Resident Evil 4: Afterlife” idealnie wpisuje się w powyższy opis i jest produkcją tak sztampową, że aż zęby bolą. Wydaje mi się, że tylko umocni zły stereotyp, jak to wcześniej zrobił chociażby film „2012”. Fabuła istnieje tylko w teorii i generalnie chyba nawet sami plastikowi oraz jednowymiarowi bohaterowie nie wiedzą o co, z kim i po jaką cholerę walczą. Sprawia ona wrażenie typowej historii z ambitnego filmu pornograficznego, czyli jest zwyczajnym zapychaczem. Tyle tylko, że tutaj zamiast seksu mamy widowiskowe sceny 3D (które notabene są całkiem niezłe) i sam nie wiem czy nie wolałbym, ażeby było odwrotnie – przynajmniej nie przysypiałbym na fotelu oraz nie bolałby mnie oczy. Nawet czar oraz charyzma Milly Jovovich przemija z wiekiem i nie przykuwa ona wzroku tak jak kilka lat wcześniej.
Czy naprawdę chcemy tylko takiego kina postapokaliptycznego w Polsce? Niech zadecydują nasze portfele. Już za 3 dni na krążki DVD trafi „Droga”, która z niewyjaśnionych powodów ominęła rodzime kina. Film zdecydowanie ambitniejszy, skłaniający do refleksji i pokazujący inne oblicze gatunku. I właśnie na ten tytuł radzę zainwestować te kilkanaście złotych, bo ta powinno wyglądać dobre kino postapokaliptyczne, za które nie trzeba się wstydzić. Tytuł, który na zewnątrz nie jest wypełniony blichtrem i efektami specjalnymi za kilkanaście milionów dolarów, ale pusty w środku niczym typowa murwa portowa. Tylko mający, i owszem pewne wady, ale prócz zarzucania nas obrazami ruin oraz degeneracji cywilizacji, przekazujący nam, choćby najbardziej uniwersalne prawdy. Kino mocne, przygnębiające i psychologiczne, czyli dość ciężkie w odbiorze, ale hej! Kto powiedział, że apokalipsa jest tematem łatwym?